Gdy przed końcem sierpnia żar wciąż lał się z nieba, ja kroczyłam ku Napoli Centrale z plecakiem wypełnionym po brzegi ubraniami tęskniącymi za świeżością. Żegnałam się z pysznym wybrzeżem Amalfitańskim, aby ruszyć w kierunku wiecznego miasta, Rzymu.
Gianluca i jego przyjaciele
Na stacji w Rzymie czekał na mnie Gianluca, u którego miałam spędzić kolejne trzy dni. Odjechaliśmy czerwonym samochodem w kierunku zachodzącego słońca.
Wkrótce dotarliśmy do jego dużego, rodzinnego domu. Przywitałam się z całą familią relaksującą się nad basenem, po czym Gianluca zaprowadził mnie do swojej części domu, w której miałam wydzielony, własny pokój. Był to wyższy poziom luksusu w porównaniu do hosteli, w których ostatnio nocowałam.
Po jakimś czasie pojechaliśmy do jego przyjaciół, Celeste i Aldo. Żyli w małym domku, oboje przesympatyczni i otwarci na innych ludzi. Z pamięci musiałam wyciągać przepis na pierogi, bo, jak to z Włochami, rozmowa zeszła szybko na jedzenie. Na szczęście pamiętałam trochę, jak przygotowywała je moja babcia. Zapytałam ich o rzymskie specjały i nikt nie potrafił ich wymienić, aż w końcu Celeste przyniosła wielką, nadgryzioną zębem czasu księgę. Okazało się, że kilku z nich już zasmakowałam – carbonara, amatriciana, czy caccio e pepe (swoją drogą pyszne!). Do białego rana dyskutowaliśmy o życiu w podróży i popijaliśmy amaro.
Pierwszy raz w Castelli Romani
Późny poranek przywitał mnie zapachem lekko przypalonej w moce kawy. Zjedliśmy typowe śniadanie – rogaliki, tzw. cornetti z marmoladą i w typowo włoskim, nieśpiesznym tempie, ruszyliśmy na podbój Jeziora Albano i otaczających go Castelli Romani.

Podbój to może zbyt duże słowo – po prostu pływaliśmy w jeziorze. Gianluca opowiedział mi, że po drugiej stronie jeziora, w miasteczku Castel Gandolfo znajduje się letnia posiadłość papieża. Jezioro Albano samo w sobie jest dość malownicze – otoczone zielonymi wzgórzami, o krystalicznie czystej wodzie. W 1960 roku podczas Igrzysk Olimpijskich odbyły się tutaj zawody wioślarskie. Gdziekolwiek we Włoszech się nie znajdziesz, zawsze ta ziemia skrywa jakieś ciekawostki i historię wartą opowiedzenia.
Popołudnie o smaku truskawek i przygody
Po kąpieli, jeszcze z mokrymi włosami i ubraniami, pojechaliśmy do miasteczka Nemi, położonego ok. 25 km od Rzymu. W czerwcu każdego roku odbywa się tutaj Festiwal Truskawek (Sagra delle Fragole). Oczywiście na kult truskawek składa się cały biznes za nimi stojący – produkcja dżemów, likierów, są też podstawą wielu deserów serwowanych w Nemi. Tutejsze truskawki mają różne odmiany – fragoline (małe, trochę jak poziomki), czy fragoloni (duże, soczyste truskawy).



Nemi związane jest również z kultem bogini Diany. W miasteczku znajdziecie ruiny poświęconej jej świątyni. Co więcej, nazwa „Nemi” pochodzi od łacińskiego słowa „nemus” („święty gaj”) i nawiązuje do głównego sanktuarium bogini Diany oraz Ligi Latyńskiej, które znajdowało się w tym miejscu. Cesarz Kaligula polecił zbudować na jeziorze dwa ogromne statki. Jeden z nich pełnił funkcję świątyni, drugi był pływającym pałacem. W latach 1928-1931 oba wraki wydobyto z dna jeziora. Niestety w 1944 roku, gdy muzeum, w którym je przechowywano, zostało uszkodzone przez ostrzał artyleryjski, statki spłonęły. Dziś w muzeum można oglądać już tylko ich modele.



Nemi nie było ostatnim punktem naszej wycieczki. Po wypiciu kawy, pojechaliśmy na Monte Tuscolo. Droga wiła się ku górze, a my śpiewaliśmy na całe gardło wtórując muzyce z radia. Po zaparkowaniu samochodu wystarczyło kilkanaście minut spaceru, aby znaleźć się na szycie góry.

Zwiedziliśmy Tusculum – niegdyś starożytne miasto położone na zboczach Monte Tuscolo, gdzie w czasach rzymskich arystokracja budowała swoje wille i letnie rezydencje. Dziś znajdują się tam ruiny miasta z m.in. teatrem i pozostałościami forum. Pospacerowaliśmy chwilę, podziwiając okolice, aż zobaczyliśmy wielką grupę ludzi, za sprawą których zostałam żabą.
Brzmi to zagadkowo, ale już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż okazało się, że ta grupa filmowała teledysk, w którym występowały różne postaci – każdy miał dość osobliwy kostium, ale osoba, która miała grać żabę, nie przyszła. Bez chwili zastanowienia spytałam, czy mogę ją zastąpić. Szczęśliwie nie były potrzebne żadne specyficzne, żabie cechy czy umiejętności, aby odegrać tę rolę. Szybko wręczono mi kostium i wyjaśniono, co robić.


Pobiegłam do Gianluci, aby o wszystkim mu powiedzieć – był zachwycony pomysłem i bardzo rozbawiony zaistniałą sytuacją. Wrzuciłam na siebie kostium, Gianluca zrobił mi oczywiście pamiątkowe zdjęcia i ruszyłam, gotowa podjąć wielką karierę. Nie bacząc na fakt, że byłam zielona w przemyśle muzycznym, podjęłam wyzwanie. Nie było to zbyt skomplikowane zadanie, miałam po prostu potańczyć trochę po swojemu w marszu. Niestety po jakimś czasie zerwała się burza i zrobiliśmy jedynie część ujęć, więc pod strojem żaby na poniższym filmie kryję się nie tylko ja, ale też inny aktor. Cóż, człowiek chciałby sądzić, że jest niezastąpiony, ale ostatecznie trzeba pogodzić się z faktami.
